Anna Haracz: Zakładam zespół i napiszę książkę – 15 lat teatru Kino Variatino, Trójmiasto.pl

 

W trójmiejskim środowisku tanecznym jest postacią wyjątkową, mającą swój niepowtarzalny styl. Anna Haracz opowiada nam o tańcu, jodze i życiu w rozmowie z okazji 15-lecia istnienia teatru Kino Variatino.

Anna Haracz po 15 latach istnienia teatru Kino Variatino postanowiła otworzyć nowy rozdział – buduje zespół tancerek i napisze książkę w oparciu o swoje doświadczenia taneczne.

Łukasz Rudziński: Dlaczego do tańca wybierasz scenę?

Anna Haracz: Scena jest dla mnie miejscem, gdzie mogę opowiedzieć o rzeczach, sprawach, przemyśleniach i intuicyjnych rozpoznaniach, w bardzo niedosłowny sposób. Czasem widzę obrazy, które trudno jest mi wyrazić słowami. Taniec jest odpowiednim środkiem, bo oprócz ruchu na scenie jest jeszcze kostium, muzyka, światło, obraz, więc mogę stworzyć pewnego rodzaju świat, który pojawia mi się w głowie. Scena jest idealnym do tego miejscem, bo można używać wielu narzędzi jednocześnie i to może być w dobrym pojęciu multimedialne. To ujście dla moich myśli.

Jak duży wpływ na twój taniec ma joga?

Joga pojawiła się później i jest moją odpowiedzią na potrzeby rozwoju duchowego. Nie zawsze systemy kulturowe, które mamy tutaj – jak religia katolicka czy inne budowane na kanwie chrześcijaństwa – mi odpowiadały. Szukałam innych ścieżek. W pewnym momencie otworzył się przede mną świat religii i filozofii Wschodu, a joga jest dla mnie doskonałym połączeniem pracy ciała z umysłem i oddechem. Jest wyjątkowym narzędziem do rozwoju osobistego i pracy jako tancerki. To ma wielki wpływ na mój taniec i nie potraf
ię jednego od drugiego rozgraniczyć.

Szukanie własnej, osobnej drogi w naszym kraju jest wyzwaniem?

Nie wszystko to, co noszę w sobie, jest kompatybilne z tym, co na zewnątrz. Każdego dnia wybieram między tym, czy postąpić według tego jak czuję i myślę, czy tak, jak funkcjonuje świat. Zadaję sobie pytanie: co ja na to? Gdy idzie się pod prąd, uczucie bycia „przeciw” jest trudne. A przecież nie jest to kwestia walki. Uknułam kiedyś takie stwierdzenie, że „by iść własną drogą nie trzeba srać na cudzą drogę”. Jeśli chcę robić coś po swojemu, nie muszę krytykować i oceniać innych. To nie jest łatwe, bo sama też miewam z tym problem, gdy widzę ludzi funkcjonujących inaczej niż ja.

Jakie ma to przełożenie na twój taniec?

Nie wnoszę na scenę bezpośrednio rzeczy, które mnie jakoś dotykają. Dla mnie praca nad spektaklem to forma transformowania tego, co mi się przytrafiło, na język sztuki. Nie mam potrzeby zaskakiwania ludzi, wyrzucania swoich frustracji i gniewu ze sceny. Przeniesienie czegoś w stosunku jeden do jednego nie jest dla mnie sztuką. Jest nią to, co nas otacza, co w zderzeniu z człowiekiem zmienia się i transformuje. Nie mam potrzeby mówienia wprost ani zwracania na siebie uwagi. Myślę wielokierunkowo, a na scenie wielopoziomowość jest możliwa. Ten świat tak funkcjonuje, że jak się o sobie nie mówi, to on nie będzie o tobie pamiętał. Uczę się więc mówić o sobie w sobie właściwy sposób. Brak rozgłosu mi nie przeszkadza. Wyprowadziłam się na wieś po to, by mieć ciszę i spokój. Zbyt wiele uwagi skupionej na mnie jest dla mnie męcząca.

Twój teatr nazywa się Kino Variatino. Dosyć przewrotna nazwa dla teatru tańca…

Opowiem ci historię powstania nazwy. Kiedyś z Jackiem Krawczykiem, Asią Czajkowską i Grzegorzem Rogińskim przez Marka Branda zostaliśmy praktycznie zmuszeni do wymyślenia nazwy. Wiedzieliśmy, że jesteśmy grupą działań scenicznych co nam się podobało, ale brakowało nam odpowiedniej nazwy. Pracowałam w tym czasie razem z Grzegorzem Rogińskim z osobami niepełnosprawnymi. I to on spytał niepełnosprawną Basię jak by nazwała swój teatr. A ona odwróciła się od naczyń, które zmywała, i powiedziała „Kino Variatino”. Bardzo nam się to spodobało.

Sprawdziliśmy, że „kino” po łacinie to obraz ruchomy, a „variatio” (słowa „variatino” nie ma), to coś co sprawia radość, przyjemność i jest pozytywne. Chcieliśmy, by nazwa przypominała nam, w którą stronę mamy iść, pomimo czasem ciężkiej i trudnej pracy. Ta nazwa bardzo oddaje to co robię. Interesują mnie obrazy. Klimat, emocjonalno-dźwiękowo-ruchowe obrazy, w których widz się odnajduje i może je chłonąć, albo nie. To jest moje narzędzie transformowania pewnych rzeczy ze sceny – jak chcesz to czerp z tego ile zechcesz, jak nie, to nie. To mi bardzo odpowiada

Kończy się 15. rok działania teatru. Co dalej?

Chciałabym wrócić do początków. I temu poświęcę najbliższy rok. Kino Variatino na początku było grupą ludzi, a potem oni pojechali w świat. Od kilku lat jest to teatr jednoosobowy, w którym ja stanowię trzon. Poważnie myślę o budowie zespołu tanecznego. Będę pracować z tancerkami, która kiedyś uczyły się u mnie tańca, wyjechały w Polskę i po latach wróciły do Trójmiasta. Poza tym chciałabym napisać książkę – „Magia w tańcu” o tej sferze, która mnie najbardziej interesuje – o narzędziach scenicznych. W zespole już dziś mam Danusię Chmielewską, Agatę Grygorkiewicz i Kasię Ustowską, ale jeszcze szukam dwóch, trzech dziewczyn, z którymi chciałabym zrobić spektakl. Będzie on przestrzenią badań do książki. Chcę też z Magdą Tatarek zrobić spektakl, który pokażemy w Łaźni 2.

Dołączysz do trójmiejskich teatrów, które inwestują w zespół. Taką drogę przeszedł Teatr Dada von Bzdülöw czy Sopocki Teatr Tańca.

Również Bożena Eltermann w Teatrze Cynada chętnie pracuje z osobami, z którymi występowała już na scenie. To jest chyba naturalna kolej rzeczy. Chcieliśmy zakładać zespoły, więc je założyliśmy. Trochę później życie zweryfikowało nasze plany, bo bez pensji nie da się robić teatru na dłuższą metę. Część zrezygnowała z tańca. Wiele osób pracowało projektowo, tworząc duety, przygotowując solo jak były jakieś dofinansowania z miasta czy od marszałka. Nikt nie miał jednak pieniędzy na zespół. A teraz, jako liderzy, mamy z pewnością więcej do zaproponowania niż 10 lat temu. To, że nie mamy świetnych warunków do pracy też jest weryfikacją kto z nami pracuje bo są ku temu warunki (finansowe), a kto dlatego, bo naprawdę chce tworzyć.

W jakiej roli się obsadzisz w zespole, który zamierzasz stworzyć?

Zastanawiałam się nad tym. Na pewno przez jakiś czas, pewnie przez kilka najbliższych lat, chciałabym potańczyć z zespołem. Ale wiem, że trzeba dobrać odpowiedni repertuar, żeby to miało sens. Mam 42 lata. Nie będę tańczyć z dziewczynami synchronicznie, bo różnica w ruchu i energii jest zbyt duża. Pina Bausch jest dla mnie ideałem jeśli chodzi o podejście i sposób pracy z ludźmi. Zachwyca mnie jej szacunek do człowieka, historii, miłość i pokłon dla innych, które transformowała na język sztuki. Ale nie chcę być drugą Piną Bausch. Wystarczy, że będę Anną Haracz.

20 grudnia 2013