Tęsknię za… TAŃCEM…

W opisie swojego spektaklu zawarłam taką myśl: „Kobieta, która zamiata las” jest obrazem codziennego wykonywania nikomu niepotrzebnej pracy. Las nie potrzebuje by w nim sprzątać, ludzie nie potrzebują  zamiecionego lasu. Jedyną osobą, dla której ma to sens jest wykonująca to kobieta. Praca, która niby nie buduje, nie tworzy, nie zmienia. Sama dla siebie stanowi jednak sens i wartość. To jakby buddyjskie malowanie mandali by potem ją bez przywiązania zniszczyć.” Grałam ten spektakl przez ostatnich kilka lat i pewnie nikogo nim nie zbawiłam co też nie było moim celem. Stało się jednak coś o wiele bardziej ważnego dla mnie samej. Najpierw poprzez tworzenie a potem granie spektaklu przebywałam w pewnej przestrzeni, która cierpliwie i konsekwentnie zmieniała mnie. Światło, dźwięk, czasem zapach, intencja z jaką wychodziłam na scenę za każdym razem transformowały jakiś malutki kawałek. Co w konsekwencji spowodowało nieodwracalne zmiany, których bardzo potrzebowałam. 
Kiedy ból, cierpienie, nieprzyjemne zdarzenia, obecny problem, czy nurtujące pytanie przekładamy na język sztuki transformujemy je często w coś pięknego i wartościowego. Poprzez proces tworzenia, czyli układania choreografii czy budowania struktury improwizacji, doboru czy tworzenie muzyki, wyboru kostiumu i przebiegu dramaturgii odbywa się w umyśle przetwarzanie zdarzeń, towarzyszących im emocji, uczuć, wspomnień. Koncentracja na celu lub temacie z próby na próbę przechodzi w medytację. Dzięki medytacji tworzy się dystans do tematu. A z poziomu dystansu wiele rzeczy wygląda inaczej, zachodzi proces zmiany czyli transformacji. 

Ta swego rodzaju zasada pociągnęła za sobą kolejne przemyślenia.
Od momentu gdy uświadomiłam sobie, że bardzo duży wpływ na moje życie ma to co tworzę i czemu poświęcam swój czas, umysł i ciało zaczęłam ostrożniej dobierać tematykę swoich spektakli oraz z większą rozwagą rozpatruję branie udziału w projektach, warsztatach czy spektaklach innych twórców. Jeśli chcemy by to co robimy miało siłę a co za tym idzie pełen odbiór trzeba się temu oddać całkowicie.  I nie mówię tu o siedzeniu na sali prób godzinami czy graniu spektaklu co wieczór. Mówię o całościowym zaangażowaniu jako istota ludzka: ciało, umysł, psychika, duchowość. Jak często zastanawiamy się i weryfikujemy czemu się tak naprawdę oddajemy. Jaką to ma dla nas wartość i jakie wartości czy jakości rzeźbi w nas.  Powtarzany gest staje się nawykiem, utrwalany nawyk drugą naturą. Czy to jest to co nas pchnie dalej, czy jedynie zaplącze w kolejnych sieciach dziwnych i często niechcianych ścieżkach życia.

Oczywiście nie kusze się o ocenianie czyjejkolwiek pracy artystycznej czy poglądów. Raczej zastanawiam się nad naturą pracy którą wykonuję od wielu lat.


Anna Haracz – twórczyni Teatru KINO VARIATINO, tancerka, choreograf, nauczycielka jogi i medytacji

 

W filmie dokumentalnym o Rudolfie Nuriejewie padło takie oto zdanie „ kiedy tańczył nie myślał o pieniądzach, sławie, rywalizacji – tańczył tak, jakby wszedł do kościoła by się modlić” – bardzo mi tego brakuje… aż ściska…

To nie znaczy, że brak mi tak utalentowanych tancerzy jak Nuriejew ale tęsknię za czasami, kiedy w podartych żurach zakupionych w lumpeksie, wszyscyśmy tańcowali z wypiekami na twarzy nie myśląc o tym, czy nam się to opłaca. I zazdrościliśmy tym co na Zachodzie dobrze mają.

Zachód jest bliżej, prawie w nas. Może jest lepiej, ale zanim zaczniemy rozgrzewkę pytamy: co z tego będziemy mieć? Kiedyś była pasja ale nie było pieniędzy. Nauczyliśmy się zdobywać pieniądze ale gdzieś zagubiła nam się pasja, a przynajmniej jest jej mniej. Niektórzy nazywają to profesjonalizmem. Nuriejew byłby dziś pewnie amatorem (znaczy: miłośnikiem).

I nie chodzi o to by tańczyć za piwo z sokiem dla kogoś kto nie szanuje naszej pracy ale znaleźć złoty środek, który uchroni nas przed byciem jarmarcznym grajkiem a nie dojrzałym artystą.

Anna Haracz